logo banner
KW Toruń > MIESIĄC...

Aktualności

MIESIĄC MIODOWO-WSPINACZKOWY, CZYLI JAK ZNALEŹLIŚMY RAJ

6 lipca 2017, godz. 22:44

photo1

Pierwszy raz w Azji.       

Przed wyjazdem spotykaliśmy się z różnymi opiniami na temat Ton Sai (zarówno wśród znajomych, jak i w Internecie). Wszyscy zachwyceni egzotyką, kolorami i klimatem, wspominali jednak o coraz większej komercjalizacji, zmianach (negatywnych) i niszczycielsko rozwijającej się turystyce. Po osobistym zweryfikowaniu możemy stwierdzić, że owszem teren, gdzie kiedyś można było wynająć bambusowe bungalowy za śmieszne pieniądze został ogrodzony betonowym murem (w przyszłości ma tam powstać nowoczesny kurort), został on jednak natychmiast pokryty oryginalnymi muralami artystów (i nie tylko ;)) z całego świata tworząc swego rodzaju atrakcję. Po śmieciowisku, które widzieliśmy na filmikach z YouTube’a nie ma już śladu. Owszem czasem widać gdzieniegdzie prześwitujące w niektórych miejscach dżungli śmieci – bezpośrednią pozostałość turystów (ale też przypływów), ale porównując to do Rumuni, czy Włoch Tajlandzkie Ton Sai prezentuje się pod względem czystości super, mimo, że ze względu na wszędobylskie małpy próżno szukać tu ‘publicznych’ śmietników. Dżungla jak widać, tak łatwo się nie poddała się człowiekowi… :)

photo2

Poszukując miejsca na jednoczesny chillout z plażą i fajny wspin wybraliśmy Ton Sai. Wyboru nie żałowaliśmy ani przez sekundę. Dla każdego kto pierwszy raz tu przyjedzie wrażenia będą niesamowite, a niepowtarzalny klimat tej hipisowskiej wioski, gdzie koło zadbanego kurortu pełnego małp i kotów stoją bungalowy najróżniejszej jakości pozostanie na zawsze w głowie. My osobiście mamy nadzieję zachować kawałek Ton Sai w głowie jak najdłużej.

Zacznijmy jednak od początku... Dla obojga z nas była to pierwsza wizyta w Azji, więc kiedy wyszliśmy z budynku lotniska Suvarnabhumi, rzeczywistość po prostu nas oszołomiła. Pierwsze co nas uderzyło, dosłownie i w przenośni to upał i wrażenie braku powietrza w powietrzu. Kwiecień jest najcieplejszym miesiącem w roku, wybraliśmy go jednak z wiadomych większości względów, a także z racji mniejszej ilości turystów i wspinaczy. Warto dodać, że różnica między najzimniejszym, a najcieplejszym miesiącem wynosi 2,5 stopnia (średnia temperatura miesięczna). (: Bangkok zaś jest najcieplejszą stolicą świata.  

Drugim rzucającym się w oczy zjawiskiem jest to, że większość ludzi przy jakimkolwiek kontakcie szczerze się uśmiecha (no może poza Panem z okienka kontroli paszportowej :)).

Info: W Tajlandii konieczne jest przejście dodatkowej kontroli z wypełnioną kartą przyjazdu i wyjazdu.

Bangkok.

W Bangkoku spędziliśmy  w sumie 5-6 dni rozbitych na początek i koniec wyjazdu. Miasto zdecydowanie godne zobaczenia, przyjazne. Udało nam się świetnie trafić z noclegiem (Feung Nacorn Balcony, zarezerwowany przez booking.com).

photo6

W większość interesujących nas miejsc byliśmy w stanie dostać się spacerem. Ponieważ preferujemy „wolny” styl zwiedzania obraliśmy plan odwiedzenia kilku wybranych Świątyń i miejsc, jednak postanowiliśmy nie być jego niewolnikiem i dać sobie szerokie pole do „szwendania”, gdzie nas oczy poniosą. Bangkok okazał się do tego idealnym miejscem. Dzięki temu udało nam się zobaczyć ciekawe miejsca jak np. Saranrom Park (gdzie mieliśmy okazję zobaczyć warana spacerującego obok stawu), Chińską dzielnicę (pełną „chińszczyzny”, ale też przypraw, owoców i warzyw, pięknych kamieni, szklanych kul i oczywiście pamiątek, a między nimi wciśniętych też „gadżetów” erotycznych, które stały obok zegarków… ;)), Amulet Market, Chińską Bramę, czy nocny targ Patpong (z klubami Go-Go otaczającymi rzędy straganów z rękodziełem, pamiątkami i podróbkami).

O buddyjskich Świątyniach i rezydencji królewskiej nie ma sensu się rozpisywać. Bangkok pełen jest pięknych zabytków i ciekawych miejsc, my ledwie ‘liznęliśmy’ tę metropolię. Rezydencja Królewska podobała nam się najmniej, pewnie ze względu na ilość turystów. Natomiast buddyjskie świątynie to inna historia. Warto zobaczyć ten przepych detali na żywo. Mimo turystów można odczuć niesamowitą aurę tych świętych miejsc.

Budda Zen zostań z nami jak najdłużej. ;)

Ale przejdźmy do meritum, czyli podróży na Ton Sai, czyli  miodzio nad miodzio.

Ton Sai.

Można się tam dostać na kilka sposobów: samolotem, pociągiem i autobusami (bilety łączone), lub samym autobusem. My skorzystaliśmy z opcji nocnej podróży pociągiem, aby nie ‘tracić’ dnia, a jednocześnie się wyspać. Warto zarezerwować bilet co najmniej kilka dni wcześniej, aby móc wybrać dogodną opcję i godzinę. Po kilku przesiadkach, dotarliśmy do Ao Nang, gdzie czekała nas już tylko „ostatnia prosta” jedną ze słynnych Longtail boats.

Już płynąc w stronę naszej odciętej od lądu zatoki (prowadzi tam tylko ścieżka przez dżunglę…), mijaliśmy imponujące wystrzelone z wody skały, a wśród nich drogi wspinaczkowe dostępne z łódki, a także miejscówki Deep Water Solo. Na Ton Sai wysiedliśmy jako jedyni. Reszta z 8 pasażerów popłynęła w stronę Railey – sąsiedniej, zdecydowanie bardziej turystycznej plaży, oddalonej o 10 minut ścieżką przez dżunglę porastającą oddzielający te dwie zatoczki cypelek.

Popularność Railay zawdzięcza pięknej plaży z obydwu stron zamkniętej strzelistymi skałami, na której kąpać się można cały dzień, dzięki bardzo łagodnemu, piaszczystemu wejściu do wody. Kilka razy korzystaliśmy z tego w obliczu odpływu na Ton Sai…

My wylądowaliśmy na mniej popularnej, cichszej, posiadającej jeden bar oraz pokaźne sektory wspinaczkowe - plaży Ton Sai.

Tego dnia rozpoczął się nasz pobyt w raju. Jakby powiedział  L.U.C. :

„Banany na twarzy, żadnych warzyw, jeśli coś nas parzy to piaseczek na plaży…” No czasem może parzyła trochę skałka…

… no i pysznych warzyw w kuchni tajskiej sporo… ;)

Na tej naszej wyspie (bo tak właśnie czuliśmy się w tej zatoczce połączonej z lądem jedynie wąską ścieżką przez dżunglę) świat okazał się bardzo przyjazny. Dla mieszkańców, turystów, a także, a może przede wszystkim dla kotów i małp. Spotkaliśmy jednego psa (i do tego był podopiecznym turystów). Natomiast koty towarzyszyły nam przy wielu posiłkach i spacerach, a małpy nawet czasem wybierały akurat tą samą drogę i sektor co my.

 photo7

No właśnie, przylecieliśmy, przyjechaliśmy i dopłynęliśmy tu powspinać się. Tachanie liny, ekspresów i innych takich przez dwa kontynenty nabrało w końcu sensu.

Pomimo, dość wysokich temperatur (ponad 30 st. C), konieczności dostosowywania wspinania do wyników poszukiwania cienia, zdecydowanie możemy powiedzieć, że „da się” wspinać na Ton Sai w kwietniu. Trzeba tylko wiedzieć jak.

Przede wszystkim bez nastawienia na „cyfrę” (wg naszej opinii wspinanie co najmniej 1 cały francuski stopień poniżej limesu), ale też z odpowiednią dozą chilloutu i sprytu odnośnie wyboru dróg (drogi z cruxami po ‘pitach’ nie wchodziły w grę bez względu na stopień trudności. ;)

Metodę: wstajemy o 7.00 i mamy wczesne popołudnie na bumeling, plażing wypróbowaliśmy, lecz na dłuższą metę nie dźwigneliśmy, czego powodem było na pewno „intrygujące” życie nocne Ton Sai, jak i pewnie też fakt, że „no nie po to przyjechaliśmy do raju, żeby wstawać jak do pracy”. Przede wszystkim jednak okazało się, że na Ton Sai rano – nie oznacza chłodniej. Wręcz czasem mieliśmy wrażenie, że powietrze jest w porannych godzinach bardziej nieruchome. Słowem jednogłośnie opcja „wspinamy się po południu” okazała się ku naszej radości najsensowniejsza. Ostatecznie kluczem okazało się znalezienie sektorów które łączą w sobie obecność cienia, posiadają największy ruch powietrza i bliskie sąsiedztwo wody.

Jeśli chodzi o sektory – „ukryte perełki” to warto wspomnieć o bardzo ładnym, a dość dobrze ukrytym  – „The Keep”. W cieniu od 13, nagrzewał się jednak tak wyjątkowo, że nawet po 13, kiedy teoretycznie była możliwość wspinu, odczucia przy siedzeniu, a co dopiero ruchu przypominały te podczas korzystania z sauny. Tym bardziej poprowadzenie 7a OS i Flashem, było dla nas tego dnia sporym sukcesem. W bardziej komfortowych warunkach na pewno bardzo fajne miejsce na rozwspin z piękną ekspozycją (sektor jest położony dość wysoko na samym skraju ‘cypla’, otoczony przez Andamańskie morze).

Sama jakość wspinania na Ton Sai co najmniej ciekawa, bogata bardzo, o raczej dobrej jakości skał i asekuracji. Można tu znaleźć praktycznie wszystko: siłowe drogi w dachu, wytrzymałościowe linie w lekkim lub większym przewieszeniu, nierzadko też drogi „z miejscem”, płyty, stalaktyty, półki.

Oczywiście sztandarowy sektor „Ton Sai Roof” znajduje się na samej plaży Ton Sai, z drogami mocno wywieszonymi, nieco zbyt wyślizganymi, jak na nasz gust. Są tu godne polecenia drogi, dla wspinaczy, co sił mają jak 200 Newtonów razem wziętych, albo atletów, co zjadło 1000 kotletów  więc Kuba sobie odpuścił przez te kotlety;). Człowiek-puma (Ola) postanowił za to po raz kolejny ćwiczyć swoją dynamikę, jednak, z uwagi na zmianę opcji wspinania na „popołudniową” (a na plaży wspinaczki raczej rano wchodziły w grę, ponieważ potem wchodziło a to słońce, a to przypływ”) szybko porzuciła „treningowe” projekty posiadające co najmniej kilka wypustów nóg na rzecz przepięknych, długich, dróg w lżejszym przewieszeniu. Na Ton Sai Roof polecamy mocno przygodową drogę: „The beauty and the beast”, gdzie trudność polega na podjęciu decyzji aby skoczyć ok. 2 m na stalaktyt „Na Misia”, dużo tu można się o sobie dowiedzieć :). Oczywiście przy odpowiednim rozciągnięciu i parametrze da się oszukać, jednak po co pozbawiać się zabawy…

Próbowaliśmy się też wspinać na położonych obok „Dums Kitchen” oraz „Tyroleanwall” (dalej w bok idąc wzdłuż plaży), jednak nawet kiedy wstawaliśmy rano, było tam zbyt gorąco, a skała po wystawie od 13.00 nie wystygała do rana. Mimo tego  możemy jednak  stwierdzić, że jest tam wiele fantastycznych linii, jednak nie na tą porę.  Podobne wnioski  zresztą niestety dotyczyło wielu innych odwiedzonych sektorów, jednak nie wszystkich na szczęście. Były i miejsca, gdzie było to możliwe, co więcej było ciekawie, przyjemnie i przygodowo.

photo3photo9

 Szczególnie nam się spodobały sektory po lewej stronie (stojąc tyłem do morza) „naszej” plaży/”wyspy”. Polecamy zwłaszcza Cat Wall i Melting Wall, które oferowały długie, wytrzymałościowe (ale nie tylko) i przygodowe dróżki. „Oferowały” też małpy- i gibony. Zresztą z małpami to żartów nie ma, bo taka małpa to, a to banany wyciągnie i zje bezczelnie na oczach pokrzywdzonego, a to koszulkę zabierze. Raz też całe stado, przechodziło przez linię na którą się właśnie wybieraliśmy, no i nie pozostało nam nic innego jak przepuścić i spokojnie poczekać na swoją kolej... ;) Słowem niezapomniane wrażenia z tą fauną. Przygodowo też było oczywiście na drogach, często upstrzonych stalaktytami kilkunastometrowymi nawet, które nagle wyrastały za Tobą po przebyciu płyty. Tufy, kalafiory, ale też i o dziwo „fakery” (na szczęście jednak rzadkie). Dobrym określeniem wydaje się tu być, że czasem skały wydawały się jakieś takie „smocze”. 

Dużym zaskoczeniem było dla nas szybkie przechodzenie dnia w noc, ściemniało się tam gwałtownie. Trzeba pamiętać, że na tej szerokości (klimat równikowy) długość dnia i nocy jest niemalże równa - 12 h. Powodowało to potrzebę optymalizacji podczas wspinania, co nam odpowiadało. Po śniadanku ze świeżych owoców i innych frykasach ichnich - plaża i wspinanie, sami sobie zazdrościliśmy.

Na pewno możemy stwierdzić, że jeżeli nie przeszkadza Ci, a najlepiej jesteś osobą  - „lubiącą ciepło”, której nie przeszkadza pocenie się w tropikach to podróż do Tajlandii i Ton Sai w kwietniu, maju jest bardzo dobrym wyborem. Zarówno pod względem poznawczym dalekiej Azji, łatwości komunikowania się z ludźmi (i to bez znajomości wspólnego języka), przemieszczania się, zjadania pyszności wszelakich, a także spotykania gibonów czubatych i waranów paskowatych. Wachlarz wspinania jest do tego piękny i różnorodny. Pełen bar przeżyć. Dodać tu należy, że istnieje wiele dodatkowych atrakcji, jak rejsy na pobliskie wyspy, kajakowanie, nurkowanie (szczególnie polecamy i radzimy kupić rurkę i maskę (ABC) najlepiej w Bangkoku lub Aonang, ponieważ na „wyspie” ceny są znacznie wyższe.

Sama wioska Ton Sai to w zasadzie jedna droga biegnąca po obwodzie prostokąta, którego jeden najdłuższy bok to plaża, a przeciwległy to tzw. „główna” ulica, przy której umiejscowione są „resorty”, restauracje i sklepiki. Prawie wszystko drewniane, bambusowe, poza kilkoma ośrodkami.

Wchodząc do sklepu, restauracji, gdziekolwiek obowiązywał zakaz obuwia. Przed wejściem często wisiała tabliczka z prośbą o pozostawienie obuwia oraz leżała wycieraczka.

photo8

Lista naszych przejść imponująca nie jest z czego broń Boże tłumaczyć się nie zamierzamy ;)

Udało się nam poprowadzić jednak przepiękną 7c, a także kilka 7b, w tym mi.in Ola pokonała jedną z nich OS-em (szczegóły w Księdze Przejść). Wspin zdecydowanie satysfacjonujący!

PRAKTYCZNE INFO:

Drogi od krótkich po długie. Jedno- i wielo- wyciągowe. Obicie dobre. Stanowiska zjazdowe – kolucha, rzadko karabinki na stałe. Na te dłuższe drogi lina 80 m zdecydowanie potrzebna. Podejścia od znikomych po dłuższe z poręczówkami, wspinem, albo uzależnione od pływów. Godziny przypływu i odpływu można sprawdzać w Internecie. Często te informacje okazać się mogą bardzo przydatne, a nawet uratować przed niechcianą kąpielą.

Przewodniki można bez problemu kupić w sklepach wspinaczkowych na Ton Sai albo Railey.

Spanie.

Noclegi na Ton Sai można prosto zarezerwować przez Booking.com, jednak jest tam zaledwie kilka ofert spośród wielu. Poza sezonem jest masa wolnych miejsc, więc robienie rezerwacji jest zupełnie niepotrzebne. Jednak w sezonie może warto zarezerwować sobie coś na noc/kilka pierwszych nocy, aby rozejrzeć się za czymś odpowiadającym. Jeden, może dwa „resorty” oferuje klimatyzację przez całą dobę (m.in. TonSai Bay). Reszta posiada czasem klimę, ale przeważnie wiatraki w określonych godzinach. W sezonie przerwa w dostawie prądu trwa krócej – w niektórych miejscach nawet tylko 2-3 godziny w ciągu dnia, w marcu już jednak na prąd można liczyć tylko między 18 a 6.

Jedzenie. NAJLEPSZE!

Niemalże wyłącznie w licznych, tanich restauracjach, stoiskach, przydomowych barach. Nie ma sensu gotować (chyba, że dla przyjemności… ;), ponieważ w „knajpach” znajdziemy wszystko w bardzo przystępnych cenach (5-10 zł śniadania; 7-15 zł obiady). Praktycznie cały „asortyment” tajski  i kuchnia „europejska” (wariacje na temat burgerów, naleśników czy sandwichów). Uwaga ser żółty tylko w postaci plasterków w paczkach (osobista porażka Kuby to była). Za to wybór dań w karcie ogromny, ale nie działa tu opcja polska, że jak więcej to gorzej. Przez cały wyjazd zaliczyliśmy chyba tylko 2 „wtopy”. Ola uraczyła się np. kiedyś „pysznym” azjatyckim śniadaniem – zupą z ryżem i krewetkami – i to dosłownie, nie było w tym daniu nic poza tym, ani grama warzywa…

W Bangkoku smakowaliśmy przysmaków na ulicy bez oporów i też ani razu nie nacięliśmy się… Wszelkich rewolucji żołądkowych udało nam się uniknąć. No może poza tęsknotą Kuby za serem i chlebem…

W sklepach na Ton Sai z konkretasów to właściwie nic nie dostaniemy, jedynie słodyczki – bez szaleństw raczej smakowych, owoców nie ma (no może banany jedynie), a soki czy piwko w cenach takich jak w barach.

Na Ton Sai – butelka 1,5 l wody w przeliczeniu ok. 4 zł, soki (karton) ok. 11-12 zł, na szczęście są soki ze świeżych owoców i „ajkofi” (Ice coffe) ok. 3-4 zł w knajpach (polecamy), najgorsza wiadomość to  piwo dość drogie mała butelka – ok. 5-6 zł, duża ok. 10-12 zł.

Transport wodny i lądowy.

Podróżowanie czyli taksówki, pociągi, łódki dość tanie. Pociąg z Bangkoku w kierunku Ton Sai to ok. 80-100 zł (w zależności od targowania w biurach i agencjach turystycznych – tu można dużo stracić jak się nie potarguje). Bilet łączony z Bangkoku do Ton Sai (pociąg, bus, autobus, bus) w sumie kosztował nas 120 zł. Podróż trwała w sumie ok.14 godzin, zawierając całkiem wygodny nocleg w pociągu (polecamy ‘lower bed’). Taksówki koniecznie z taksometrami (mają napis pod napisem TAXI), choć taksówkarze tajscy jak słyszą, że żądasz taksometru często odjeżdżają, to nie należy się zrażać w końcu ktoś zabiera. Jednak warto mieć ze sobą zapis w transkrypcji tajskiej bo po angielsku czy z mapki to nie łapią za bardzo (często np. z mapki z hostelem  gdzie mieszkaliśmy taksiarze brali nr telefonu i dzwonili po adres). Relatywnie najdroższe są taksówki wodne (na Ton Sai, bo w Bangkoku są naprawdę tanie, nawet jak chcielibyście je wypożyczyć na kilka godzin).  Podróż z Aonang do wspinaczek na Ton Sai trwa ok. 10 min i kosztuje ok. 10-15 zł osoba, przy czym trzeba czekać na zebranie się 8 osób, co poza sezonem czasem chwilę trwa,  podobne koszty  (ok.30 zł)  czekają nas za wynajęcie „łodziotaksówki” w Bangkoku na 4 h. Polecamy bo w ten sposób można zobaczyć miasto z nieco innej, ciekawej strony.

Inne.

Wymiana pieniędzy na Ton Sai to raczej żaden problem jest jeden kantor (Ton Sai Bay Resort), a na sąsiedniej Railay kolejnych kilka. Są też bankomaty na Railay. Jeżeli gotówka to Euro i Dolary są mile widziane. Przy wymianie jednak lepiej pamiętać, że kursy walut są dużo korzystniejsze w miastach (np. Bangkok, Aonang).

Komary i takie ustrojstwa – nie są jakimś strasznym problemem, choć należy zaopatrzyć się w jakiś środek. Spodziewaliśmy się zdecydowanie większej walki… Jura np. tego czerwca była gorsza… :)

Zdrowie.

Zarówno na Ton Sai, jak i na Raily znajduje się punkt medyczny całodobowy, gdzie można szukać pomocy w razie wszelkich zdrowotnych awarii. Są tam też apteki, przy czym lekarstwa są bez recepty, także jeden problem odpada. Kuba skorzystał w obliczu bólu zęba z antybiotyku bez recepty.

Internet.

Jest dostępny najczęściej w każdym z ośrodków, ale też w barach. Także nie grozi śmierć czy zapomnienie na facebooku, co więcej można kilka razy dziennie pokazać co się właśnie je, czy pije (pozdrawiamy tu wszystkich gastralnych ekshibicjonistów, bez których świat nie byłby tak fascynujący).

Bagaż.

Zdecydownanie nie bieżcie zbyt dużo ubrań. Długie spodnie i bluza użyte zostały przez nas 2 razy – podczas podróży pociągiem. :) Po pierwsze warto zabrać właściwie przetrwalnikowe t-shirty, krótkie spodenki i sandały, bo super ciuchy można kupić tanio na miejscu. Metkokoneserzy znajdą tam także masę ‘oryginalnych’ podróbek (NORTH FACE, ADIDAS, JACK WOLFSKIN ETC.), różnej jakości, choć i tu znaleźć można perełki.

Dla palących.

Fajki są ogólnodostępne. W tytoń warto zaopatrzyć się w Polsce, bo na miejscu jest albo trudnodostępny (Bangkok), albo drogi (Ton Sai).

Rozrywka, używki.

Barów jest dużo i Zaopatrzone są dobrze. Piwo dość drogie, drinki w podobnych cenach jak w Polsce. W Bangkoku na ulicy namawiają Cię na ‘bucket’ (modny tam teraz styl podawania drinków w plastikowych wiaderkach), albo na porcję gazu rozweselającego. W karcie drinków na Ton Sai standardowo znajduje się Mushroom shake, a właściciele/barmani nierzadko częstują odwiedzających specyficznymi maślanymi „ciasteczkami” własnej produkcji. Policja raczej zatoczki Ton Sai widocznie nie odwiedza…

 photo5

 

Więcej zdjęć tutaj.

 

Tekst i zdjęcia: Ola i Kuba Januszewscy

 

dodał: tomi
Komentarze (0) - dodaj swój komentarz

Copyright © 2008 KW Toruń, kontakt