logo banner
KW Toruń > W...

Aktualności

W ALPY BEZ LINY

20 września 2016, godz. 23:49

Przyszedł taki moment, kiedy z jakiegoś powodu mniej się nam chciało wspinać, ciężko było obrać motywujący cel, a mocy wciąż brakowało. Takie nastroje dopadały nas nie tylko na Jurze, lecz również w odległych europejskich miejscówkach. Dlatego w tym sezonie obraliśmy inną niż zwykle strategię wyjazdową. Po pierwsze, przykładem zeszłego roku, nie jeździliśmy w skały, jak było za ciepło. Poza tym wczesną wiosną wpadliśmy kilka razy na czeskie buldery, które dobitnie pokazały nasze słabe strony i znowu uświadomiliśmy sobie, że mogą być one znakomitym uzupełnieniem dla wspinania z liną. Dlatego postanowiliśmy spędzić nasz sierpniowy urlop w alpejskich ogródkach bulderowych.

 photo1

Wiosenny buldering w czeskim piaskowcu.

Planu konkretnego nie mieliśmy i nie zamykaliśmy się na inne opcje. Rozważaliśmy postój na Frankenjurze lub w Zillertalu i zabraliśmy cały sprzęt. Jednak głód spróbowania czegoś nowego był tak silny, że podczas krótkiego postoju w okolicach Pottensteinu nawet nie wyjęliśmy liny z auta.

SILVRETTA

Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy była Silvretta w Austrii, czyli położony na około 2000 m stostunkowo młody rejon bulderowy. Silvretta to w zasadzie nazwa całego masywu górskiego położonego na granicy austriacko-szwajcarskiej, a sam rejon bulderowy to według naszego przewodnika i oznaczeń na miejscu Silvapark, jednak wspinacze powszechnie odnoszą sie do niego jako Silvretta.

Dużą zaletą tego rejonu był dla nas fakt, że nie jest to miejsce bardzo oblegane. Parking przy stacji narciarskiej, który zajmowali wyłącznie bulderowcy, zapełniał się co prawda w weekendy, jednak w tygodniu świecił pustkami. Odpowiadały nam tam również warunki pogodowe. Wysokość sprawiała, że nawet wspinanie w słońcu w bardziej rześkie i wietrzne dni nie było kompletnym obłędem, a w cieniu panował po prostu całkiem przyzwoity warun.

photo2

photo3

Pogoda w górach zmienną jest. Powyżej podejście pod sektory dnia pierwszego i drugiego :)

Mimo że miejsce, z którego zaczyna się podejście w Silvretcie położone jest wysoko, to poza najbliższym sektorem Sekten, do którego dochodziliśmy po 10 minutach spaceru pod górę, pozostałe wymagały 20-40 minut stromego podejścia. Nie ukrywam, że targane na plecach crashpady tego wysiłku nie umilały. Można się było jednak do niego szybko przyzwyczaić, a widoki rozciągające się na pobliskie szczyty wynagradzały zmęczenie.

 

photo4

Klimaty Silvretty.

Co do samego wspinania, skała w tym miejscu to gnejs o dość chropowatej strukturze, co niestety szybko odbija się na skórze. Przeważają krawądki, trudno znaleźć oblaki, jest raczej siłowo i ściankowo. W Silvretcie powspinają się jednak zarówno osoby aspirujące do trudności 8B+ jak i zupełnie początkujący wspinacze. Część sektora Sekten została zaadaptowana na ogródek skalny, gdzie problemy wspinaczkowe oznaczone są kolorami, a te najłatwiejsze są idealne dla osób, które po raz pierwszy stykają się ze wspinaniem.

Nocowanie dozwolone jest na płatnym parkingu przy stacji narciarskiej, pod który podjeżdża się szutrową drogą (zakaz na jej początku nie dotyczy dojazdu do płatnego parkingu), gdzie opłaca się dzienny postój w automacie w wysokości 5 euro. Znajdują się tam przyzwoite toalety i bieżąca woda (niepitna).

 

 photo6

W takich okolicznościach przyrody podejście to prawie przyjemność.

Kiedy pierwszy tydzień naszego urlopu zbliżał się ku końcowi, zaczęliśmy rozważać zmianę miejsca. Zachęciła nas do tego poznana w Austrii ekipa z Wrocławia zachwalająca Magic Wood. Postanowiliśmy więc zostać w Austrii do końca długiego weekendu i trafić do Magic, jak przerzedzą się tłumy, o których słyszeliśmy.

MAGIC WOOD

Po dojechaniu na miejsce przeżyliśmy szok. Głośny parkingo-kemping był pełen samochodów, namiotów i ludzi. Znajomi mówili, że to i tak lepiej, bo po długim weekendzie sporo osób już wyjechało. Daleko temu było do spokoju panującemu w przepięknej Silvretcie. Tojtoje w porównaniu z murowanymi toaletami w Austrii również nie poprawiały nam nastroju, a cena 6 franków za osobę za noc dziwiła biorąc pod uwagę warunki. Stwierdziliśmy jednak, że skoro już dojechaliśmy, to warto spróbować. Mówiono nam też, że bulderów jest tyle, że spokojnie da się powspinać.

Te komentarze potwierdziły się już następnego dnia pod kamieniami. Może trudno było się wbić w klasyki rejonu, jednak biorąc pod uwagę tłok na „kempingu” w skałach faktycznie w wielu miejscach można było zaznać odrobiny spokoju. Szybko stwierdziliśmy, że na pewno lepiej odwiedzić Magic w niższych temperaturach wiosną lub jesienią. Jednak przez to, że las jest położony w górach na około 1300 m, letnie bulderowanie nie jest wykluczone. Miłym akcentem jest płynący w dole górski potok, w którym da się mocno orzeźwić. Ciepły prysznic natomiast można wziąć w schronisku znajdującym się jakieś 20 minut z buta od parkingu za kilka franków od osoby.

Problemy wspinaczkowe w Magic wydały nam się trudniejsze niż w Silvretcie. Z drugiej strony ciężko nam niedoświadczonym w bulderingu takie rzeczy oceniać, bo zarówno w jednym jak i w drugim rejonie niektóre buldery sprawiały wrażenie banalnych, a inne o tej samej nominalnie wycenie piekielnie trudnych. Skała w Magic to podobnie jak w Silvretcie gnejs, jednak dużo gładszy i tym samym przyjaźniejszy dla skóry. Buldery jak na nasze oko były ciekawsze, a ilość problemów nieporównanie większa niż w dopiero rozwijającej się Silvretcie.

Co do tematów okołowspinaczkowych, polecamy spędzenie resta nad jeziorem Como we Włoszech. Trasa przez przełęcz Splügen zajmuje około dwie godziny, ale widoki i bonusy gastronomiczne rekompensują ten wysiłek, a w sklepach ceny są jakby normalniejsze.

BULDERING OGÓLNIE

Jeżeli mielibyśmy dawać rady osobom tak jak my niewspinającym się regularnie na bulderach, możemy na pewno polecić zabranie jak największej ilości crashpadów. Szczególnie przy wspinaniu we dwoje 3 materace się przydawały. Lądowiska pod kamieniami były często nierówne i wyściełane głazami, a niektórych problemów i tak nie dało się próbować bez dodatkowych spotterów.

Ten nietypowy jak dla nas wyjazd wakacyjny był miłą odskocznią od projektów skalnych z liną. Ostatnio natomiast, jakieś 3 tygodnie po urlopie i po ponad dwumiesięcznej przerwie od wspinania z liną, z przyjemnością wybraliśmy się na Jurę i choć było mgliście i ponuro, to lubimy z Tomkiem tę polską jesień, kiedy pod skałką trzeba założyć puchówkę, a nieraz i rozpalić ognisko. Liczymy na jak najwięcej takich weekendów jeszcze w tym roku :)

 

photo7

Na razie żegnamy buldery i nastawiamy się na polską jesień :)

 

Najważniejsze pokonane buldery (niektóre wyceny nieprzewodnikowe, ale zgodne z osobistymi odczuciami):

Tomi - Niviuk 8A, British Airways 7C+, Zwiederwurzn 7C, 2nd Skin 7C, Flechtenkante 7C, Jack the Chipper 7C, Samurai tango 7C

Bambina - Mörderballett 7B, Squa Man 7A+, Kruzifix 7A, Rubber Gun 7A, Gulliverkante 7A

 

 

Sara Grajpel

 

dodał: tomi
Komentarze (0) - dodaj swój komentarz

Copyright © 2008 KW Toruń, kontakt