logo banner
KW Toruń > Teksty > Krótka Historia...

Teksty

Krótka Historia Drugiego Wcielenia

12 stycznia 2008, godz. 00:34

Moje życie rozpoczęło się gdy dotknąłem skały. Zdarzyło się to w roku 1990, kiedy właśnie, co skończyłem liceum i byłem w drodze na UMK, właśnie w nowe życie. Wakacje to były skały, Tatry, skały, Tatry, skały... Świeżo po obu kursach (skałkowym i tatrzańskim) zjawiłem się wygłodniały w Toruniu. Trochę mi zajęło zanim wyczaiłem Klub i Zamek Dybowski, lecz zanim spadł pierwszy śnieg, cegła stała się moim przeznaczeniem. Dzień, noc, śnieg, słońce - to nie miało znaczenia, po zajęciach wybiegaliśmy z Johnnym przez most w "skały". Oświetlony nocny Toruń przyświecał nam piękną panoramą, kiedy skatowani wracaliśmy do akademików. Klub przyjął nas chyba z rezerwą, pamiętam jak długo wypytywano mnie o przejścia tatrzańskie, a starsi koledzy kręcili głowami... Wtedy jeszcze nie każdy zespół kursowy walczył na Kazalnicy. Ale tez nie każdemu trafiał się taki instruktor jak Kazio Śmieszko.

Obserwując nasz Klub przez ostatnie 10 lat widzę, że zaszła jednak zdecydowana zmiana. Wszystko jest jakby bardziej otwarte, żeby nie powiedzieć przyjazne. O Klubie słychać z pewnością więcej niż 10 lat temu. Zaledwie w jednym roku mamy świetne przejścia w Alpach, Patagonii czy w Ameryce Północnej. W skałkach zawodnicy i zawodniczki łoją na poziomie ogólnokrajowym, a nawet i na zawodach ostatnio nieźle wypadliśmy. Własna kamienica, wypożyczalnia sprzętu, coroczne dofinansowania - są chyba ewenementem w skali krajowej. Nie mogłem się powstrzymać od tych kilku uwag, w numerze z okazji 50-lecia istnienia KW Toruń. Zawsze byłem silnie związany z klubem i choć więcej mnie nie ma niż jestem, to i dziś twierdzę, że nasz KW to "the best fucking climbing club around".

No dobra, dość tego zrzędzenia, w końcu czytamy biuletyn o wspinaniu, no nie?! No to ruszajmy. A gdzie tym razem? Pomyślałem, że zamiast Was męczyć tegorocznym Baffinem, (o którym przeczytacie, w grudniowym numerze "Gór") zabiorę Was z sobą na małą wycieczkę w pionowy świat Nevady. Historia, nie tyle mroczna, co może ukazująca dynamizm oraz siłę głodu, którym jest wspinaczka. Chyba raczej sposobu życia, niż sportu. Gdzie na szali wisi nasze życie, ale i cena wygranej jest najwyższa. Zwycięstwa nad samym sobą.

Cholera, słońce znowu praży, pięć dni harówki już prawie za nami. Z tym, że dziś najcięższy dzień: piątek to z 16 godzin sprzątania kibli i amerykańskich mieszkań w filmowym Los Angeles. Ciężko jest dziś się skoncentrować na pracy, graty mamy już spakowane i ruszamy za kilka godzin we wspaniale chłodną nocną pustynię, gojąc rany tygodnia, wprost w ramiona gór za horyzontem. Nic nam nadchodzący tydzień harówki czy brak snu, wjeżdżamy późną nocą do rozświetlonego Las Vegas. Miasto kusi tysiącem neonów, darmowym alkoholem, kobietami, hazardem. Miliony ludzi walczy tu o spełnienie, o chwile radości, o cały swój skomplikowany świat. A my, no cóż, bez zatrzymania mijamy Vegas i wtapiamy się w czarną pustynię, gdzie wiatr pędzi niewzruszony przez setki mil, tylko z rzadka uderzając w rozsiane masywy czerwonego, bajkowego piaskowca. Lawirując wśród skał na usianych kamieniami drogach, wjeżdżamy do głębokiego kanionu. Jest już późno, wyrzucamy karimaty z bagażnika, ale i tak nasze rozpalone głowy nie pozwolą nam zapaść w głębszy sen.

Pierwsze promienie słońca łapią nas na podejściu pod jedna z największych Turni Czerwonych Skał, żeby było "kolorowo" nazwanej Czarna Wieża. To nasz pierwszy raz, nigdy nie byliśmy w tych górkach, ale to chyba tu, kurde, tak, to musi być ta turnia. Dave zadziera głowę, i rzeczywiście wygląda to to na jakieś 600 metrów. Zresztą samego końca i tak nie widać. Wczoraj w nocy w drodze przeglądaliśmy pachnący jeszcze farbą drukarską przewodnik - piszą że tylko 5+ czy 6, a my spoko w skałach to i ze 6.3 łoimy! Żeby tylko nie było za łatwo - jak tam, Dave, przeloty na drodze są? Tak, tak, spoko, stanowiska też? No jasne - muszą być. Bierzemy nasze ekspresy, komplet kości i 3-4 friendy, kupione kilka dni wcześniej. Ruszamy na podbój górskiego rzęcha.

Uważaj kur..., uważaj, szlag tu nic nie ma. Gdzie te cholerne przeloty?! Krew się leje z pokasowanych rak, jakieś klinowanie tu trzeba uprawiać. Jak do tej pory na pierwszych 200 metrach nie upatrzyliśmy więcej niż z 10 stałych punktów (wliczając w to stanowiska...). Napieramy, wyżej będzie łatwiej, na pewno muszą tam być przynajmniej jakieś stany. Cholera! Uważaj, strzelam, stary, trzym się mocno tu nic nie ma! Wspinamy się już chyba od 6 godzin systemem szóstkowych kominów, nasze kostki to my możemy sobie wsadzić w du..., friendy oszczędzamy na stany, które pokątnie jakoś sadzamy w głębinach komina. Wyciągi mamy strasznie krótkie, najwyżej ze 30 metrów, bo najczęściej między jednym stanem a drugim nie mamy ani jednego przelotu. Raz coś włożyłem po drodze i później wisząc na jedynym stanowiskowym friendzie, modliłem się, żeby Dave tylko nie zrobił mi głupiego numeru i nie walnął! Słońce praży, jest totalna pustynna lampa, kończymy niewielką i jedyną butelczynę wody. Nasze już trochę mętne spojrzenia kierują się w górę ale końca nie widać. W dół nawet nie zerkamy, z pojedynczą liną i przy braku stanów nie ma żadnej szansy na wycof. Tak chyba zostaje się bohaterem. Tudzież trafia do czarnego worka. Dobrze, że przynajmniej idziemy na lekko, rozumiecie krótkie spodenki, koszulki, żadnego obciążenia żarciem, czy innymi tego typu głupotami. No, mamy po jakiejś bluzie w plecaczku. Chyba.

Następne 10 wyciągów bardziej płytowe, zdarzają się nawet jakieś spity, powoli wracają nam siły, pewnie przemy do przodu. Tylko jakoś tak zaczęło się ściemniać - rozglądamy się z niepokojem po niebie, co to, jakieś burzowe chmury, tu gdzie pada raz na rok?! Cholera, Dave, to niemożliwe, przecież zaczęliśmy o bladym świcie... Już noc?! stary, mamy jakieś latarki?! Latarki, coś ty, zgłupiał?! Ciemności łapią nas na końcu trudności drogi, teraz ma być już łatwym terenem jeszcze z 200 metrów do szczytu. Tylko, w mordę, w którą stronę! Dave, stary skaut, wygrzebuje gdzieś z przepaści swojego plecaczka latarkę. Obaj wybuchamy śmiechem, choć muszę przyznać wcale nam do śmiechu już od jakiegoś czasu nie jest. Latarczyna wielkości ołówka, rzuca jakieś chirurgiczne światło na najwyżej 5 metrów. Dave przejmuje prowadzenie, latarczyna w zębach i znika w gęstniejących ciemnościach. Dochodzę, przejmuję prowadzenie (i obślinioną latarczynę) i walę do góry. Łatwo, ale którędy do szczytu? Idziemy praktycznie na żywca i po omacku, lepiej nie myśleć ile powietrza pod nami. Histeryczne krzyki Dave'a rozdzierają noc. Czyżby był już na szczycie?! Shit! wszedł w lód... on chyba bredzi. Oj, niedobrze, partner mi chyba zwariował. Nogi mi jednak miękną gdy wchodzę w zalodzone podszczytowe zacięcie. Jak on to choroba przeprowadził?!!! Patrzymy na siebie, oczy błyszczą w świetle gwiazd, latarczyna spadła, gdy Dave rozdarł się z przerażeniem: Chris! son of a bitch, iceeeeeee!

Siedzimy skuleni na szczycie, para bucha nam z ust. Jednak mieliśmy po bluzie, ale i tak nieźle drżymy, musi być dobrze poniżej zera. Rozgwieżdżone niebo koi nasze pragnienie i głód. Wokół odwieczna cisza, nawet wiatr zamarł razem z nami. Dzień był wart więcej niż nasze młode rozhukane życie. To wiemy, a raczej czujemy. Tylko co teraz? Jakoś nie pomyśleliśmy o tym wcześniej. Szczyt dość ostro zarysowany, i gdzie tu w dół? W oddali świecą kasyna Vegas, i nie zgasną zanim nie nadejdzie świt. Z pierwszym brzaskiem, ruszamy na rozeznanie, udaje nam się zejść ze 100 metrów. Dalej siadamy w zjazdy, ustawiane z naszego ciężko zarobionego sprzętu. Jako że ziemia daleko, daleko w dole, to jedziemy z pojedynczych kostek, friendów, krzaczorów, u końca tnąc nawet nasze szpejarki na pętle. Jak się okazuje, człowiek jak musi to zrobi. Gdzieś w dolnych partiach ściany jedziemy kuluarem, którym wali pokaźny strumień. Do dziś pamiętam jak zdrętwiałymi palcami wyszukujemy pod wodą miejsce na tę jedną z ostatnich kostek.

Bardziej żywych, szczęśliwych ludzi ciągnących się po pustyni w kierunku samochodu nie widział chyba świat! Słońce znowu świeci, zaraz picie, jedzenie - ruszamy biegiem, gdy dostrzegamy czerwień naszego forda. Kilka łyków destylowanej wody do chłodnicy (jedzenia nie mieliśmy na liście wycieczkowej) i śmiało ruszamy w kierunku wielkiej wyżery: Vegas. Ile to razy my nie słyszeliśmy, że to właśnie tam można wpaść do restauracji i za kilka dolków, jeść do oporu. Ślina już ścieka nam po rozpalonych gębach. Jednak zmęczenie okazuje się silniejsze, nie jesteśmy w stanie pokonać kilkudziesięciu kilometrów dzielących nas od raju. Dave śpi już nieprzytomny w fotelu pasażera, ja zasypiam kolejny raz za kierownicą. Samochód wjeżdża bez kontroli w pustynię, budzę się z krzykiem na kolejnym wyboju... hamujemy wśród krzaczorów, odjeżdżam w niebyt. Budzimy się chyba równocześnie, słońce w twarz, głód pali trzewia, tak, trzeba ruszać, ciężko już nawet przełknąć własną ślinę. Ej, ej, a to co?! Kluczyki w stacyjce na zapłon i raz i dwa - a tu cholera nic... jeszcze raz... i jeszcze i ciągle nic. Nie, nie, przecież tak być nie może. Nawet nie ma mowy! Niestety czasami life is brutal: zasnąłem zapominając wyłączyć światła. Akumulator zdechł. A to świnia. Czekamy na opuszczonej pustynnej drodze na ratunek - z buta byłoby jeszcze z 20 kilometrów, czas stanął w miejscu, wszędzie bezruch rozpalonego dnia. Co mamy zrobić? Głód wciska jęzory w bebechy. Pomagamy sobie destylowaną, ale nawet i ją już ciężko przełykać. Zbawiciel pojawia się znikąd, pomaga nam odpalić wóz i już kilkanaście minut później wbiegamy do olbrzymiego kasyna, na węch łapiąc najbliższą restaurację. Płacimy przepisowe 5 dolków, łapiemy po tacy, i ładujemy, ładujemy, ładujemy - tyle weszło na tace, że na pewno jest to obecny rekord świata! Siadamy, ledwo nas widać znad naszych tac żarcia. I tu zdarza się największa klęska naszego życia. Sam bym nie uwierzył, gdybym nie przeżył. Nie możemy przełknąć ani kęsa żarcia. Wszystkie te kurczaki, deserki, owoce, lody, pieczenie i Bóg wie co jeszcze, leżą przed naszymi nosami, a my tylko wgapiamy się, nie mogąc uwierzyć, że to, co się dzieje to rzeczywistość. Taaa, po prostu po 36 godzinach pustynnego łojenia, praktycznie bez picia i jedzenia, mamy tak wysuszone śluzówki (w tym całe gębootwory), że nie jesteśmy w stanie przełknąć nic twardszego niż łyżeczka jogurtu... ze łzami w oczach, i ściśniętymi gardłami, dopijamy powoli soki i ze spuszczonymi głowami opuszczamy ten raj utracony.

Dedykuję wszystkim, dla których wspinanie jest po prostu ich życiem.

Krzykacz (Krzychu Belczyński)

Postscriptum: Do dnia dzisiejszego, mimo upływu wielu lat, ta historia żyje gdzieś głęboko we mnie, jest dowodem dzielonej, z wieloma innymi mi podobnymi, głupoty. Jednak wydaje mi się, że te niewytłumaczalne chwile, poza granicami racjonalności, niezrozumiałe w świecie pieniądza i normalności, są najcenniejszym darem, którym został obdarzony człowiek.

autor: Krzykacz (Krzychu Belczyński) dodał: Michał
Komentarze (0) - dodaj swój komentarz

Copyright © 2008 KW Toruń, kontakt