![]() |
![]() |
SerwisKW ToruńLogowanieprzypomnij hasło zarejestruj sięPartnerzy | TekstyPRZESŁUCHANIE „KLAUSA” (TATERNIK NR 3/2014)14 maja 2020, godz. 11:48Fot. Agnieszka Stefanowicz Z TADEUSZEM ŁAUKAJTYSEM, „KLAUSEM”, wybitnym taternikiem, alpinistą, himalaistą, prezesem KW Toruń w latach 1967‑83, rozmawia LUDWIK WILCZYŃSKI Skręcam w ulicę Moniuszki w Toruniu i parkuję tam, gdzie zawsze. Wyłączam silnik i rozglądam się. Stado wspomnień rzuca się do gardła i nie popuszcza. Przez kilka minut siedzę bez ruchu. Ten adres to przez wiele lat adres klubu toruńskiego (KW Toruń). Adres nie tylko korespondencyjny, ale i miejsce zebrań zarządu i spotkań towarzyskich. Mieszkanie państwa Łaukajtysów przez kilkanaście lat było nawiedzane, nachodzone, zadeptywane i traktowane prawie jak klubowe. Piwnica przez wiele lat była klubowym magazynem. Jak to wytrzymywali? A właściwie jak wytrzymywała to Aga, żona Tadeusza, który był prezesem przez kilkanaście lat? Nie tylko wytrzymywała, ale jeszcze można było zawsze liczyć na dobrą herbatę z ciasteczkami lub obiadowe danie. Wreszcie wysiadam, dzwonię, wchodzę. Aga i Tadziu witają jak dawniej. Tadeusz Łaukajtys na Pośrednim Mięguszu. Fot. Jacek Karwowski Siadamy w pokoju Tadeusza. Niewiele się zmieniło. Małe okienko, zwane lufcikiem, otwarte mimo zimy. Gospodarz wyjaśnia, że jako palacz jest prześladowany przez niepalącą żonę. Prześladowanie polega na obowiązku palenia przy lufciku lub na balkonie. Zjawia się Aga z herbatą i kawałkiem ciasta. Czas jakby się zatrzymał, ale tylko jakby... Przypominam sobie klubowy odczyt Tadzia sprzed paru dni, o wyprawie w Andy. Zdumione twarze młodych ludzi, że coś takiego miało miejsce i że ten starszy pan to właśnie Tadeusz Łaukajtys. Adres przy ulicy Moniuszki 43 nic by im nie powiedział. Może i dobrze, że Aga nie potyka się o klubowy sprzęt, a spóźnieni goście nie dzwonią do drzwi po 23. Ja też czuję się trochę jak gość spóźniony o lata... – Zacznijmy od Litwy. Czy coś pamiętasz, czy Twoja litewskość miała wpływ na późniejsze życie? – Pamiętam dość dużo. Fragmenty mieszkania w Wilnie i mieszkanie w Lidzie. Pamiętam tragiczną chwilę, kiedy moja mama z ruską kulą w brzuchu przewracała się, wybiegając z domu. – To stało się w 1944 w Lidzie, prawda? Jak tam trafiliście? – Otóż w Lidzie mieszkał Bolesław Bojarczyk, sędzia śledczy z zawodu, który ożenił się, jak rodzinna legenda głosi, z białoruską księżniczką Marysią Sagun. To była moja babcia, która do końca swego życia mnie wychowywała. Mieli dwoje dzieci. Zosię i Wandę. Moja mama, Wanda, była nauczycielką, Zosia lekarzem po USB w Wilnie, z doktoratem zrobionym na mózgu marszałka Piłsudskiego. – Dodajmy dla młodych, że USB to Uniwersytet Stefana Batorego. – Tak, a mózg swój marszałek w ostatniej woli podarował uniwersytetowi. Wracając do dziadka, to wybudował w Lidzie, przy ulicy 3 Maja, bodajże siedem, dwurodzinny domek dla córek. W czasie wojny, po wejściu sowietów urządzono tam, jakby to powiedzieć, dziś nazywa się to agencją towarzyską, a po polsku po prostu burdel. Myśmy mieszkali w jednej części, a w drugiej urzędowały panienki. Przychodzili tam sowieccy żołnierze, głównie oficerowie, aby odpocząć po bohaterskich czynach. Któregoś dnia, kiedy panienek nie było, wpakowało się nam do kuchni dwóch oficerów, którzy pokłócili się między sobą. Pamiętam dokładnie moment, kiedy jeden drugiemu przystawił pistolet do brzucha i strzelił. Kula przeszła na wylot i trafiła również w brzuch moją mamę stojącą kilka metrów dalej. Rusek przez chwilę się chwiał, mama przewracając się, wybiegła do sieni i tam upadła. W szpitalu po operacji zmarła. – Jak opuściliście Litwę? Czy dziadek, jak rozumiem sędzia II RP, wyjechał z Wami? – Dziadek zmarł przed końcem wojny w obozie sowieckim. – Czyli zostaliście z ojcem? – Nie. Nie widziałem ojca, a on nie widział mnie. Został aresztowany przez NKWD i wywieziony w głąb Rosji przed moim urodzeniem. Dużo później dowiedzieliśmy się, że zmarł w Teheranie i tam jest jego grób. Dostał się tam prawdopodobnie z armią Andersa. Nami zajęła się babcia i siostra mamy, Zofia Czyżewska, o której mówiłem. Ona również za działalność w AK została aresztowana w roku 1944 i wywieziona. Zostaliśmy pod opieką babci, która utrzymywała nas z handlu na targowisku w Lidzie. Siostrze mamy udało się jednak wrócić z obozu, gdzie była pielęgniarką. Po powrocie nic o tym nie opowiadała, jak zresztą wszyscy, którzy tam byli. – Władza chciała, żeby obywatele sami zamiatali pod dywan jej zbrodnie? – Z dywanami było krucho. Po prostu gęba na kłódkę ze strachu. Również później w PRL. – Jak dostaliście się do Polski, czyli z Polski do PRL? – Latem 1945 roku przyjechaliśmy transportem repatriacyjnym. Tak to się nazywało, bo w istocie było to wysiedlenie. Podróż była długa i niewiele z niej pamiętam. Najpierw Słupsk, potem Toruń, gdzie ciocię moją ściągnęła na tworzący się uniwersytet, do Zakładu Neurofizjologii, jej przedwojenna przełożona, prof. J. Hurynowicz. Początki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika to była kadra wileńskiego uniwersytetu. Wracając do mojej litewskości, to mam ją po ojcu. Jan Łaukajtys był spolonizowanym Litwinem, ale oczywiście znał litewski. Z zawodu był nauczycielem. Potwierdza się to w książce Kazimierza Niechwiadowicza „Moje Sobotniki”, gdzie jest zdjęcie ojca z jego klasą i widać dom, w którym mieszkali moi rodzice. Jest tam również powiedziane, że kierownikiem szkoły był Litwin, Jan Łaukajtys. Fot. z arch. T. Łaukajtysa – Jest więc w Tobie solidny kawał Litwina. Kiedy góry pojawiły się w Twoim życiu? – Wcześnie, bo w szkole średniej. Miałem 17 lat, kiedy latem 1957 roku pojechałem na obóz młodzieżowy do Zakopanego. Chodząc z koleżką po Zakopanem, zrobiliśmy dwie rzeczy. Kupiłem w kiosku „Taternika”, bo na okładce był wspinacz związany liną i pokonujący pionową ścianę, a potem w nocy ukradliśmy z tym samym kolegą rozciągnięty – może do suszenia – sznur. Czy to była lina, nie wiem. Dla nas to była lina taternicka. – Przyznajesz się do kradzieży? – Oczywiście, przyznaję się. Dokonaliśmy tego brzydkiego czynu gdzieś w sąsiedztwie na Ciągłówce, ale – co trzeba podkreślić – pod wpływem pisma „Taternik”. Następnego dnia urwaliśmy się wychowawcom i pojechaliśmy do Morskiego Oka autobusem. Dojeżdżało się, pamiętam dokładnie, do samego schroniska. Zobaczyliśmy jakąś spiczastą górę, dowiedzieliśmy się, że nazywa się Mnich i postanowiliśmy, że tam idziemy. Ze ścieżki na Szpiglasową zeszliśmy poniżej progu i jakimś wariantem – tam chyba dziś są nietrudne zimowe drogi – wyszliśmy, jak ustaliłem parę lat później, w okolicy wejścia w kant hakowy. Jakimś cudem jednak znaleźliśmy się na Klasycznej. Pewnie to miejsce uznaliśmy za słaby punkt urwiska. – Byliście związani liną, jak to zrobiliście? – Na razie jeszcze nie. Związaliśmy się dopiero, jak znalazłem trochę wyżej hak z kółkiem. Przewlokłem linę przez kółko i wtedy omotaliśmy się końcówkami w pasie. Jak kolega doszedł do haka, musiał się rozwiązać i z powrotem związać. To były jakieś supły, które robiliśmy na wyczucie. Haków z kółkiem było na drodze kilka i przy każdym się przewiązywaliśmy. W końcu znaleźliśmy się pod płytą. Poszedłem pierwszy i bez stanowiska i przelotu, bo nie pamiętam goprowskiego haka, zrobiłem przewieszkę. Ustaliłem to po paru latach. Kolega też jakoś wszedł, z pomocą liny. Byliśmy na szczycie. Potem opuściłem kolegę tą samą drogą, a sam zszedłem, nie pamiętam jak. – Musiałeś chyba w zejściu odnaleźć ominięcie przewieszki? – Pewnie tak, ale z całej drogi pamiętam dokładnie tylko trawers na dole, na Klasycznej, gdzie był solidny hak oraz przewieszkę i szczyt. – No dobra, przeżyliście. To był pierwszy kontakt z górami. Czy już wtedy postanowiłeś, że będziesz taternikiem? – Nie. To była młodzieńcza przygoda, którą pamiętam, ale dalszego ciągu nie miała. Nie był to dla mnie pierwszy krok do alpinizmu. Zacząłem się wspinać, bo dowiedziałem się, że w Toruniu jest jakaś organizacja, która zajmuje się chodzeniem po górach. Pierwszym człowiekiem z klubu, którego poznałem, był prof. Jan Szupryczyński, glacjolog i wybitny polarnik. Potem przez niego poznałem Leszka Michalskiego i Wojtka Szymańskiego. – Poznałeś więc jakby drugie pokolenie animatorów ruchu wysokogórskiego w Toruniu. Pierwszy niewątpliwie był Tadeusz Czeżowski, który, tak jak Ty, przyjechał z Wilna i w bydlęcym wagonie przywiózł bibliotekę wileńskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, z kompletnymi przedwojennymi rocznikami „Taternika”, „Die Alpen” i „La Montagne”. Może jechaliście w sąsiednich wagonach? – Całkiem możliwe. Poznałem jeszcze Jurka Tomaszewskiego. To było jesienią 1958 roku, już po reaktywacji Klubu Wysokogórskiego, który wydobył się właśnie z odmętów komunistycznej organizacji, jaką było Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze, ulepione pod przymusem z przedwojennego PTT i PTK. Ma się rozumieć po zagarnięciu całego majątku tych organizacji, kilkudziesięciu schronisk i innych obiektów. Wracając do Torunia, to zostałem skierowany, nie wiem dlaczego, od razu na szkolenie zimowe. Tadeusz Łaukajtys i Eugeniusz Chrobak, Wielki Filar Narożny, Mont Blanc, 1969 r. Fot. Andrzej Mróz – No, bo letnie już sobie zrobiłeś. – W rzeczy samej. Poznałem tam wspaniałego człowieka, niejakiego „Skoczka”, który był moim instruktorem. – „Skoczek”, czyli Andrzej Skoczylas, świetny wspinacz, z zawodu operator filmowy. Był kamerzystą wielu filmów górskich. – Tak, właśnie z nim wybrałem się na pierwszą zimową wspinaczkę, chyba w lutym 1959 roku. Lata później spotkaliśmy się, gdy Program 2. nakręcił materiał o mnie, jako o osobie niepełnosprawnej. „Skoczek” był operatorem. No, ale wtedy wybraliśmy się na Zawratową Turnię. Drugim kursantem był, dzisiaj profesor, Jacek Karwowski. Razem przyjechaliśmy z Torunia. Pamiętam z tej drogi przerąbywanie się przez wielki nawis na grani. Latem tego samego roku już samodzielnie wybraliśmy się z Jackiem Karwowskim w Tatry. Zrobiliśmy nawet komin Drege’a. – To wtedy była ostra droga. Rozumiem, że już asekuracja nie była Wam obca. – Tak, umieliśmy się asekurować, wbijać haki, byliśmy wspinaczami. – A kiedy po raz pierwszy zauważono Cię jako obiecującego młodego wspinacza? – Chyba dopiero po zimowym przejściu Wariantu R w 1961 r., ale wcześniej, zimą 1960 roku namówiłem Genia Chrobaka na przejście grani Pięciu Stawów. Walczyliśmy strasznie i ostatecznie, z powodu pogody, grani nie skończyliśmy. – Wariant R zrobiliście w grudniu i od dołu, co musiało zrobić wrażenie. – Tak, wspinaliśmy się jak Pan Bóg przykazał, prawie trzy dni i ciężko nam było wrócić do schroniska, bo już w Dolince za Mnichem każdy z nas chciał iść w inną stronę. Pogubiliśmy się we mgle i dopiero szczęśliwe zderzenie z drągiem, na którym wisiały tabliczki z napisem „Szpiglasowa” w jedną stronę i „schronisko” w drugą, rozwiało wątpliwości co do kierunku. – Ten drąg stoi chyba w świetnym miejscu. Sam natknąłem się na niego po ciemku i we mgle. – Ale to nie był koniec przygód. Weszliśmy do schroniska, które było otwarte mimo nocy, a pan Łapiński zaprowadził nas do kuchni, gdzie oddał do naszej dyspozycji cały gar herbaty. Oczywiście pogratulował nam. Ostatni kawał wycięła nam klamka w pokoju, bodaj, nr 4. Mój żołądek nie wytrzymał dużej ilości herbaty i jedzenia po ścisłym poście i, gdy wybiegałem z „czwórki” w wiadomym kierunku, klamka została mi w ręku. Ciśnienie wzrasta, zrobiło się niebezpiecznie i Genek w poczuciu zagrożenia, po kilku chwilach szamotania się, otworzył drzwi czekanem. Byliśmy uratowani. – Potem był zimowy Momatiuk na Kazalnicy z Geniem i Zygą Heinrichem w kwietniu 1963 roku, a latem tego samego roku Dolomity. Józek Nyka był kierownikiem, jak wyczytałem w „Taterniku”. Co pamiętasz z zimowego przejścia Momatiukówki? – Pamiętam czwarty biwak. W płachcie zasiedliśmy do spania, a ja szukając jedzenia w plecaku, natrafiłem na nienapoczętą paczkę „sportów”, o której nie wiedziałem. Nie paliłem już chyba dwa dni, więc sam rozumiesz… Ale moi koledzy powiedzieli, że psuję atmosferę w płachcie, a właściwie to powiedzieli „spier… na zewnątrz”. Opuściłem płachtę i zapaliłem. Z zimna i zmęczenia wpadłem w dygot i wtedy moi koledzy powiedzieli, żebym się nie wygłupiał. Mogę wrócić i zapalić jeszcze jednego. Następnego dnia na stawie czekał na nas Zbyszek Jurkowski z gorącą herbatą i papieroskami. Po raz pierwszy w życiu w połowie papierosa zrobiło mi się słabo. Pamiętam też odpadnięcie, po którym wisiałem w przewieszeniu i nie wiedziałem, co zrobić. Geniu i Zyga udzielali mi rad, przekrzykując się, a ja spokojnie zapaliłem papieroska i zastanowiłem się, co dalej. „(...) jak znosiła ciągłe wyjazdy Aga, Twoja żona? Źle znosiła, jak wszystkie kobiety. Miałem swoje metody przećwiczone jeszcze na cioci (...)” Na zdjęciu: Aga i Tadeusz Łaukajtysowie. Fot. z arch. Tadeusza Łaukajtysa – No, ale wisząc bez uprzęży, można się było udusić! – Ja zawsze wiązałem się porządnie szelkami z liny i miałem chyba „dupowsporek”. – Ale mimo wszystko wisiałeś związany pod pachami i jeszcze papieros? – Tak się wtedy wiązaliśmy. – Ta droga dała Wam przepustkę do krajowej czołówki? – Może jeszcze nie do ścisłej czołówki. Natomiast naszym zdaniem staliśmy się prawdziwymi taternikami. Nie alpinistami, nie wspinaczami, ale właśnie taternikami. Będę Ci bardzo wdzięczny, jak będziesz mnie tytułował taternikiem, a nie jakimś himalaistą, andynistą itp. – Latem, już jako prawdziwi taternicy, pojechaliście w Dolomity. Jak to było? Kto Was wysłał? – Komisja Sportowa Klubu Wysokogórskiego, bo PZA jeszcze nie było. Wspinałem się wtedy z Geniem Chrobakiem. Zrobiliśmy Superdirettissimę na Cima Grande i używaliśmy nie po raz pierwszy genialnego wynalazku – dupowsporka. – Latem 1964 roku zrobiliście nową drogę w Kaukazie, na prawie pięciotysięcznej Miżirgi Wschodniej. – Tak. Wspinałem się z Geniem Chrobakiem, Jurkiem Michalskim i Jurkiem Warteresiewiczem. To duża ściana i niebezpieczna. – 1800 metrów, seraki i lawiniaste pola podszczytowe... – Było tam wszystko. Trudna skała, twardy lód, bariery seraków, przeczekiwanie sunących lawin. A zaczęło się od tego, że gospodarze nie mogli dać zezwolenia na nową drogę. Takie mieli procedury. Dali zezwolenie na rekonesans dolnej części ściany, więc zrobiliśmy rekonesans, tyle że do wierzchołka. – Rosjanie też niechętnie udostępniali swoje problemy, a to była droga najwyższej kategorii. – To prawda, ale też mieli swoje wymagające i trochę biurokratyczne zasady bezpieczeństwa, których nie mogli przekroczyć. Raczej wiedzieli, że nie poprzestaniemy na rekonesansie. Ta droga dużo nas kosztowała. Pięć dni wspinania. „Dziurek” (Jurek Warteresiewicz) przymroził nogi i musieliśmy mu rozciąć buty, żeby je włożył po ostatnim biwaku. Sowieci, przepraszam, rosyjscy alpiniści, wyszli nam naprzeciw kawał drogi z jedzeniem i piciem. To bardzo serdeczni ludzie. Parę lat później pod ścianą dziewiczego Piku Fedczenki w Pamiro-Ałaju na wysokości 4300 metrów okazało się, że mamy nie tylko wygodny namiot, drewka na rozpałkę i ziemniaki, ale i karty do gry. Tola i Jura nauczyli nas grać w preferansa. Przedtem w bazie zaprosili nas na zebranie Komsomołu, na którym próbowano wychowywać Halinkę Krüger. „Nam nie nrawitsia czto ona rugajet”, „a mienia nie nrawilis cwiety w Komsomolskoj Prawdie”. Halinka rzeczywiście klęła jak szewc, ale przytomnie wypomniała im powitalne kwiaty dla Wandy i dla niej, zawinięte w gazetę. – To były bardzo owocne cztery wyprawy we współpracy z klubem Vertikal z Nowosybirska. Wasz wyjazd w 1970 roku był drugim z kolei. Kierownikiem był Andrzej? – Tak. Andrzej Zawada, a poza Haliną Krüger i Wandą Rutkiewicz, uczestniczyli w nim również: Bogdan Jankowski, Jan Franczuk, Jan Kiełkowski i Wojciech Jedliński. – Alpinizmu uczyłem się od Ciebie i od Genia Chrobaka. Czy Ty też miałeś jakieś alpinistyczne wzory? – Mój rówieśnik, Geniu Chrobak, był najlepszym wspinaczem, jakiego spotkałem. Nigdy nie miał pretensji do partnerów, że czegoś nie mogą przejść. Często natomiast mówił „poprowadzę”. Dlaczego Ty – pytaliśmy – a on odpowiadał „bo ja to przekoszę”. – Wy mówiliście „zakosić”, w moich czasach mówiło się „sieknąć”, a trochę później „załoić”. – Wracając do Genia, był obdarzony talentem. Wspinał się bez widocznego wysiłku, na poziomie mistrzów mających na co dzień Alpy pod ręką. Był wspinaczem wyjątkowym. – Nie miałeś więc okazji uczyć się od starszych, może nawet przedwojennych mistrzów? – Pan Czesław Łapiński kilka razy zaprosił nas do salonu przy kuchni w Morskim Oku, wypytywał o różne nowinki techniczne, ale w górach go nie widziałem. On się już wtedy nie wspinał. Natomiast autorytetem wspinaczkowym i życiowym, moralnym, był dla mnie Józek Nyka. On był dużo starszy od nas, doświadczony, walczył przecież w czasie okupacji z bronią w ręku, dobrze się wspinał. Rozmawiał i był z nami na równych prawach. A jednak był autorytetem i jest nim do dzisiaj, również ze względu na późniejszą działalność jako redaktora i człowieka, który walczył o zaistnienie polskich sukcesów w światowych annałach. – Mnie ciekawi taka sprawa: jak rodziły się Wasze plany. Jak dochodziło do tego, że rozwiązywaliście światowe problemy, jak na przykład podczas obozu w ENSA w Chamonix w 1969 roku, kiedy z Geniem Chrobakiem i Andrzejem Mrozem zrobiliście nową drogę na Filarze Narożnym Mont Blanc. Przecież bezczelnie braliście się za problemy, które rozwiązywali miejscowi zawodowcy, światowej sławy wspinacze. – Odpowiedź jest prosta. Nie mieliśmy poczucia, że jesteśmy gorsi. Byliśmy pewni, że jesteśmy dobrymi taternikami i damy sobie radę. Zdarzało się i tak, że nie mieliśmy pojęcia, w co się pakujemy, a w niektórych sytuacjach zdobywaliśmy doświadczenia dopiero w wielkiej ścianie, tak jak było w 1968 roku na filarze Eigeru, nowej drodze, na której po raz pierwszy w życiu zetknąłem się z tak długimi odcinkami twardego lodu. To były wielkie pola lodowe, na których rąbałem tysiące stopni. Raki miałem słabe, a doświadczenie w takim terenie jeszcze mniejsze, bo nie spotkałem tego ani w Tatrach, ani w Kaukazie. Spotkaliśmy potem zespół Hiebelera, który robił ten sam filar dzień po nas. Słynny Reinhold Messner spytał: kto z was rąbał stopnie? Przyznałem się, a on śmiejąc się, pomacał mój biceps. Hiebeler próbował zresztą przedstawić swoje przejście jako pierwsze. Ale po jakimś czasie, również dzięki działaniom Józka Nyki, który już był wtedy redaktorem „Taternika”, przyznano nam pierwszeństwo. Niedawno wraz z Adamem Zyzakiem zostaliśmy zaproszeni na zjazd wszystkich autorów nowych dróg na północnej Eigeru. – Tadziu, Wasze nowe drogi były dla nas, dla mojego pokolenia, inspiracją, tak jak dla Was dokonania Staszka Biela, Janka Długosza, Janka Mostowskiego czy Czesia Momatiuka. A jak było z uznaniem w Kaukazie, Francji czy we Włoszech? – Rosjanie naprawdę szczerze nam gratulowali. To bardzo serdeczni ludzie. We Włoszech mieliśmy wielu przyjaciół, którzy pomagali nam w sprawach bytowych, a Piero Rossi, ważna osoba w Belluno, nie tylko umieścił naszą drogę na Schiarze w przewodniku jako „drogę Polaków”, ale nawet zapisał nas do Club Alpino Itliano w Belluno. Francuzi nie są wylewni, ale w Chamonix po zrobieniu drogi na Filarze Narożnym Andre Contamine spotkał się z nami w knajpce przewodnickiej, gdzie pojawił się z butlą wina i powitał nas słowami „kurwa mać, votre santé!” – Poznałem go w 1982 roku na cmentarzu w Chamonix przy okazji rocznicy śmierci Wawy Żuławskiego. Złożenie kwiatów pod tablicą zorganizował Tońku Wowkonowicz. Contamine po uroczystości wspominał polskie przejścia na Filarze Narożnym. Zmieniając temat, jak znosiła ciągłe wyjazdy Aga, Twoja żona? – Źle znosiła, jak wszystkie kobiety. Miałem swoje metody przećwiczone jeszcze na cioci. Pamiętam, że zimowe przejście Wariantu R robiłem na studiach w czasie rzekomych poszukiwań geologicznych. Jak wróciłem, ciocia zapytała mnie, gdzie właściwie byłem. „No przecież na poszukiwaniach”, „a w radiu mówili, że zdobyłeś jakiś szczyt”. Tak było. Nie mówiłem nic w czasie studiów, a później w małżeństwie o wy jazdach wspominałem w ostatniej chwili, zmniejszając do minimum stres i czas wzajemnego przekonywania się. – Tadziu, pozwolisz, że zapytam Agę, jak to z jej strony wyglądało. Przechodzę do drugiego pokoju i pytam Agę o ciągłe rozstania. Aga odpowiada: – No to chyba wiesz, bo też wyjeżdżałeś dużo, że jest to zawsze ze szkodą dla rodziny. A to, co Tadziu mówi o zawiadamianiu mnie w ostatniej chwili, to niezupełnie prawda. To zwiększało napięcie, bo nigdy nie wiedziałam, co mnie spotka. O wyprawie na K2 dowiedziałam się z radia i to nie było dla mnie miłe. – Nie próbowałaś protestować? Nie mówiłaś „albo ja, albo góry?” – O nie. Jak wiążesz się z kimś, kto ma taką pasję, to trzeba to dzielić z nim do końca. Byłam lojalna, mimo że nie było mi łatwo. Widziały gały, co brały. Poznałam go zresztą na obozie spadochroniarskim i zaczynał się już wówczas wspinać. Najgorsze były wypadki, czyli odmrożenia na Dhaulagiri i upadek na Mnichu. Wracam do Tadka. – No właśnie, Tadek, przecież Twoje wspinanie to nie tylko sukcesy. Na Dhaulagiri straciłeś palce, a na Mnichu omal nie straciłeś życia, konsekwencje ponosisz do dziś… – No cóż, bycie osobą niepełnosprawną nie jest dla mięczaków. Jest oczywiście trudniej niż w górach, ale udało mi się wrócić do pracy naukowej, a nawet w góry. Mnóstwo osób mi pomagało, za co jestem wdzięczny. Od Tadzia Karolczaka i Alka Lwowa, którzy ratowali mnie, rezygnując z wejścia na szczyt, aż po rodziców Grzegorza Zglińskiego (reżyser filmowy, m.in. autor filmu dokumentalnego „Pokonać górę”), którzy zorganizowali mi leczenie w Szwajcarii. Dwie sprawy były dla mnie bardzo ważne. Powrót w góry w 1988 roku, kiedy przy pomocy kolegów – Jacka Osmańskiego, Waldka Zielińskiego i Andrzeja Ziółkowskiego – wszedłem między innymi na oba wierzchołki szczytu Huascarán w Andach. Prezesem klubu był wówczas Bogdan Krauze, który bardzo nas wspierał. Druga sprawa to spotkanie Stanisława Duszyńskiego, twórcy Fundacji Ducha, pomagającej osobom niepełnosprawnym w rehabilitacji i spełnianiu marzeń. Bardzo cenne doświadczenie. Dziesiątki wyjazdów w skałki, Tatry i na spływy, to niezapomniane więzy z ludźmi ciężej niż ja doświadczonymi, a jednak realizującymi marzenia z niesłychanym zapałem i konsekwencją. To dało mi dystans do mojego kalectwa i mogę chyba powiedzieć, że zmieniło mnie jako człowieka. Na przykład pół litra, które Ci postawię za tę rozmowę, będziesz musiał wypić sam. Ja nie piję od wielu lat. – Tu mamy dodatkową płaszczyznę porozumienia, bo mnie wypicie pół litra zajmuje wiele tygodni. Alkohol i kiedyś, i dzisiaj jest obecny w życiu środowiska, może nawet zbyt obecny, ale czy zgodzisz się, że najważniejsze dawniej było w górach towarzystwo? – Nasze wspinanie w latach 60. było przede wszystkim towarzyskie. To się zmieniło. W większym stopniu decydują dziś względy sportowe. Przyjaźnie, które wyniosłem ze wspinania, to najważniejsze, co mi się w górach przytrafiło. – Mówiłeś o Geniu Chrobaku, Twoim stałym partnerze. Wspinałeś się jednak i z Andrzejem Mrozem, który nie był twoim partnerem. – Andrzej dużo wspinał się z Geniem i to była wystarczająca rekomendacja. On był dobrym kompanem. To się poznaje na przykład na biwakach. Ktoś, kto wchodzi ostatni do płachty i jeszcze zgadza się gotować, to właśnie dobry kompan. Andrzej taki był, a jeszcze wspinał się jak maszyna. Zresztą towarzystwo tworzyły i nasze żony. Bez nich byłoby ponuro. Mogę Ci na koniec opowiedzieć, jak Chrobak poznał swoją małżonkę Grażynę. – Dawaj! – Kiedyś, chyba w 1966 roku, wracając z Zakopanego na tabor w Moku, wstąpiliśmy z Geniem do Roztoki. Tam był obóz studencki z Poznania. Geniu poderwał jakąś piękną dziewczynę. Poderwał, to wtedy znaczyło, że zaczął rozmawiać. Zaprosił ją na namiotowisko i powiedział, żeby szukała namiotu Genia i Klausa. Kilka dni później ta sama dziewczyna zjawia się, znajduje mnie i pyta o Genia. Genia nie ma, jest na Żabim Mnichu. Nadchodzi wieczór, Geniu nie wraca. Grażyna rozłożyła swój śpiwór i cierpliwie czeka. Ja zaczynam się zastanawiać, co zrobić, jeśli Geniu zdecyduje zabiwakować w górach. Cały tabor już wie, że do Chrobaka przyszła piękna kobieta, a wygląda na to, że tylko ja będę jej towarzyszył w namiocie. – Nie dowierzałeś sobie? – To też, ale chodziło o jej opinię. Poprosiłem kolegę, żeby na jedną noc przeniósł się do nas. Tak się stało, Geniu wrócił rano, ja miałem czyste sumienie. – Niesłychany samarytanizm, jakby powiedział słynny „Druciarz” (Jerzy Rudnicki). Z obu stron zresztą, bo Grażyna wybaczyła Ci podważenie jej podmiotowości. – Tak, to były inne czasy. – Tadziu, zrewanżuję się i opowiem Ci, jak mnie potraktowałeś po wypadku na Mnichu, kiedy leżałeś w szpitalu w Toruniu. Odwiedziłem Cię po pracy, niedługo po wybudzeniu z trzytygodniowej farmakologicznej śpiączki i po operacji usunięcia krwiaka w mózgu. Nie muszę dodawać, że wizyta była przedwczesna. Przecież nieźle Ci w mózgu grzebali. Wchodzę do pokoju, w którym panuje półmrok listopadowego zmierzchu. Cicho siadam przy łóżku, bo śpisz i delikatnie Cię budzę. Witamy się, Ty z piekielną wprawą zapalasz papierosa i na moje pytanie o samopoczucie mówisz: – Nieźle, ale dzisiaj zginął Ludwik. – Jak to? – Wpadł do szczeliny. Wyciągnęliśmy go, ale już nie żył. Faktycznie, myślę, w tym korporacyjnym garniturku prezentuję się paskudnie, ale to ciągle ja: – Tadziu! Spójrz na mnie. Popieprzyło Ci się. Ja jestem Ludwik. Spojrzałeś na mnie uważnie i wypuszczając sporą porcję dymu powiedziałeś: – Eh! Co z Ciebie za Ludwik! – Pozbierałeś się jakoś? *** – „Klaus”! Nie było mi też wtedy łatwo. Skąd wzięło się Twoje przezwisko „Klaus”? – Jest taka baśń Andersena o dużym i małym Klausie. Babcia czytała ją wielokrotnie mojemu bratu i mnie. W rodzinie mówiono na niego „Duży Klaus” a na mnie, jako młodszego, „Mały Klaus”. – W górach zostałeś po prostu „Klausem”... Dziękuję Ci za rozmowę.
|
Copyright © 2008 KW Toruń, kontakt |