logo banner
KW Toruń > Teksty > Szkocja '99

Teksty

Szkocja '99

12 stycznia 2008, godz. 15:34

7 lutego, 4 rano. Po 10 godzinach jazdy w końcu docieramy... do granicy polsko - niemieckiej. Jedziemy do Szkocji. Jedzie Magda, Chmiel, Bzyk, Marek z Rafałem, Grzegorz i Heniek, Wojtek i ja.
Po kolejnych 15 godzinach wjeżdżamy do rury, łączącej Wielką Brytanię z resztą Europy. Po krótkim teście na klaustrofobię, znajdujemy się na terenie Imperium.
Londyn, jest północ. Ponury dramat. Zaspani łapiemy ostatnie metro. Zarezerwowany, przytulny hotelik, okazał się mało przyjazną norą na drugim końcu świata. Na szczęście rano wychodzimy z norki i zwiedzamy Londyn.
Piękne miasto, fantastyczne. Mieszanina ras i kultur sprawia, że zupełnie nie odczuwa się tutaj wyobcowania. Jak u siebie.
Tower Bridge, Soho, puby, metro Buckingham Palace, Picadilly Circus, znowu metro, metro, metro... no i w końcu dotarliśmy jakoś do 22:00. Victoria Coach

Station. Nocny rejs do Edynburga. Miasto browarów i zamczysk robi na nas duże wrażenie. Jesteśmy jednak zbyt zmęczeni i senni, żeby umieć się nim cieszyć. Wieczorem jedziemy do Dundee. Twarde poszczekiwanie kierowcy autobusu uświadamia mi, że w temacie języka nie jestem niezaskakiwalny. Boże! Żeby tylko ci Szkoci byli anglojęzyczni... Na szczęście okazuje się, że są. Spotkanie następuje o 18. w sposób dość niekonwencjonalny. Prosto z autobusu zostajemy przerzuceni do pubu. Gwar, browce, nagle jakieś hinduskie żarcie. Wszyscy jesteśmy trochę zakręceni, ale chyba jest dobrze. Po kolei wypijamy z każdym z "naszych" Szkotów. Zaczynamy powoli nawiązywać mniej lub bardziej niechlujne dialogi. Tak poznajemy łysego Joys'a, Gream'a, Alana, Hume'a, Karen, Briana, Petera i wielu innych członków KLUBU WYSOKOGÓRSKIEGO przy Mickey Wyley's Pub. Góry czekają cierpliwie...
Na nocleg lądujemy dwójkami w domach naszych nowych przyjaciół. Plan na dzień następny jest prosty. Przerzut do Fort William, a następnego dnia - Ben Nevis, jeżeli pogoda dopisze.
Przez trzy godziny jedziemy na zachód, pokonując wszerz całą Szkocję, od morza do morza. Szosa wije się serpentynami przez bajecznie, jak na połowę lutego, zielone wzgórza. Gdy tylko wznosimy się na wysokość ok. 500 m npm, okolica staje się ponura i niegościnna. Plucha, szare wrzosowiska po horyzont. Tutaj, rzeczywiście, o wiele ładniej musi być latem.
Fort Williams to szkockie Chamonix. Wszystkie nazwy po części związane są ze znajdującym się nieopodal masywem Ben Nevis. Jest tu sklep Nevisport, Ben Nevis Pub, Nevis Center itp. Francuzi to samo wyczyniają z Mont Blanc, a Norwedzy z Trollveggen. Jest to tzw. "kult sąsiedniego pagórka".
Pogoda na następny dzień zapowiada się niewesoło, więc zamiast wspinać się na Ben Nevis, od razu jedziemy do chatki znajdującej się w samym centrum Szkockiego Highlandu. Z tego miejsca przez 8 dni będziemy wyruszać na wspinanie. Chatka trochę przypomina wozownię. Może nawet jest w niej trochę większy standard, ale klimatem nie dorównuje swej morskoocznej odpowiedniczce. Mniej więcej dwugodzinna jazda samochodem dzieli nas od głównych masywów górskich Szkocji - Ben Nevis, Creay Meagaidh, Caimgorm, Glencow, Lochnagar. Już nie możemy się doczekać wejścia w ścianę. Niektórzy z nas tracą wiarę w to, że tu w ogóle są jakieś góry. Wieczorem Cream z precyzją określa pogodę na dzień następny. Wiatr 70 mil/h, śnieg, ok. 13. pogoda się poprawi. Ze wspinania nici. Z trudem udaje się namówić Szkotów na próbę wyjścia. Już na parkingu okazuje się, że pogoda jest rzeczywiście nieciekawa. I ten wiatr, a góry? No są jakieś wzniesienia, ale jak po tym się wspinać. W końcu, po godzinnym podejściu dochodzimy do małego kociołka. Przed nami ukazuje się Caimgorm - pas skał poprzecinany wstęgami kuluarów, żlebów i lodowych smarków. Wygląda dość sympatycznie, chociaż niezbyt okazale. Maksymalnie 3 wyciągi wszystkiego. Wśród lodu i skał tłoczno jak w mrowisku. Kursy, wspinacze, turyści, nawet ćwiczenia lokalnej jednostki ratowniczej. Niesamowite, tyle wiary w taką pogodę. Co tu się musi dziać, gdy jest lampa? Aż strach pomyśleć. Alan widząc nasze zaskoczenia oznajmia: This is most fantastic climbing area in Scotland! No i zaczyna opowiadać o drogach, wycofach i ciekawych przejściach. Trochę chce się nam śmiać, no, ale w końcu każdy wybrał jakąś drogę na następny dzień. Wracamy do domku.

Niespodzianka. Z okazji urodzin któregoś z narodowych, szkockich poetów nasi gospodarze szykują imprezę. Cały dom pachnie... kaszanką. Tak, kaszanka (po śląsku chyba krupniok?), to ich odświętne danie. No i oczywiście Whisky, rozlewane z tradycyjnym szkockim umiarem. Poza tym wszystkim, anegdoty i takie tam... W końcu Alan wymyśla konkurs wspinaczkowy. Stół - klasycznie w poprzek, od dołu, bez dotykania ziemi. Oj długo trzeba by opisywać ich miny, gdy stół "puścił" nie tylko w poprzek, ale i wzdłuż, a tu i ówdzie znalazły się miejsca "no hand rest". Na końcu padł trawers stołu na okrętkę. W tym momencie Szkoci poczuli się najwyraźniej zagrożeni. Postanowili zniszczyć nas podstępem. Na stole nie wiadomo skąd, pojawiły się piwa, wina, kolejne butelki whisky. My w odwecie wyjęliśmy żubrówkę, galicyjski grzaniec, spirytus i diabli wiedzą, co jeszcze. Walka trwała niemal do rana...
Mimo ekscesów poprzedniej nocy, większość z nas zwlokła się jakoś z barłogów. Krótkie śniadanko i w góry. Po sześciu dniach w końcu nadeszła ta chwila. Cairngorm - piękna pogoda, bezwietrznie. Każdy z zespołów robi jedną, czasem dwie czwórkowe drogi.
Coś, co rzeczywiście zrobiło na wszystkich wrażenie, to droga White Magie, 7, którą obojętnym bykiem popełnił Marek z Rafałem. VII, 7 oznacza, że droga ma dużą klasę, a w dodatku problematyczną asekurację. Według zeznań chłopaków rzeczywiście było, co tam robić. Z tego, co zrozumiałem, to tak jakby zimą pójść na Szare Zacięcie i nie podhaczać.
Szkoci kucnęli...
Ze skalą trudności do końca mieliśmy problemy. W każdym razie wszystko robi się tu klasycznie. Jedna cyferka oznacza klasę drogi, druga - możliwe do napotkania trudności. Czyli droga może być wyceniona na IV, 7, ale raczej nie odwrotnie. Pamiętajmy jednak, że droga może być klasy np. VII, ale tylko trzy wyciągi. Myśląc naszymi (czytaj - tatrzańskimi) kategoriami jest to mało możliwe.
Dnia następnego pogoda jest w dalszym ciągu extra! Wszyscy decydują się na powtórkę z rozrywki i padają kolejne drogi w Cairngorm. Wojtkowi i mnie udaje się jednak podłączyć do Petera i Patryka (gościa z Francji), którzy chcą wejść drogą Tower Ridge na Ben Nevis. Piękna pogoda, duża góra - to brzmi nieźle. Poza tym z prognozy wynika, że to ostatnia szansa na wejście na tę bądź, co bądź, najwyższą górę Szkocji. Pobudkę planujemy na 3:30. W końcu jest jak w prawdziwych górach. Tower Ridge to analogia np. Filaru Cubryny. Łatwa wspinaczka, ale widoki niezapomniane. Naprawdę warto było wybrać się na tę wycieczkę. To pod Ben Nevisem powinniśmy spędzić cały nasz pobyt w górach. Trudno, przynajmniej udało się nam zobaczyć parę pięknych dróg. Większość ewidentnych formacji oblegana była, przez co najmniej kilka zespołów. Na słynnym Point 5* Gully, czterowyciągowym kulu-arze, było aż 12 osób. Na naszej drodze było 5 zespołów. Szczyt osiągnęliśmy o 14:30. W Cairgonn padło w tym czasie kilka kolejnych dróg, m.in. Five Finger Ridge. Następnego dnia z powodu złej pogody wspinamy się na sztucznej ściance. Okazało się, że o około l godziny jazdy oddalony jest od nas ośrodek szkoleniowo-rekreacyjny. Składamy się po funcie (...) i łoimy do utraty tchu. Wieczorem, już w chatce padają decyzje, co do naszych dalszych ruchów. Wracamy do Dundee w piątek 26 lutego, a w sobotę, gdy pogoda dopisze, udamy się do Lochnagar. Podobno jest to niezły kawał góry. Podczas podejścia okazuje się, że pogoda jest fatalna, ale nie dajemy za wygraną i każdy z zespołów robi drogę, przeważnie w okolicach IV, 4. O dziwo, mimo narastającej zawieruchy, warunki w ścianie są zadziwiająco dobre. Problemy zaczynają się dopiero na grani. Tam zaczyna się horror.
Dopiero teraz doceniamy namolne wciskanie map i kompasów. Spojrzeć przed siebie nie sposób. Kryształki lodu i śnieg smagają z prędkością 70 mil/h, niczym piaskarka. Kończymy z Wojtkiem naszą drogę ok. 13:30. O 15:00 jesteśmy już w okolicach parkingu. Następne osiem godzin spędzamy w zacisznej, leśnej toalecie z działającą suszarką do rąk. Ciepłe podmuchy powodują, że natychmiast zasypiamy. Budzi nas Magda ok. 21. Cała reszta wróciła o 23:00. Wsiadamy w samochody i do domu, a właściwie do Dundee. Jutro trzeba się spakować i jakoś dotrzeć do Edynburga. Dwutygodniowy pobyt na wyspach dobiega końca To już?
Siedząc w autobusie każdy z nas na swój sposób podsumowuje całą imprezę. Każdy zachował w pamięci coś szczególnego. Każdy, po swojemu, układa sobie w głowie przeżyte chwile. Chmiel z Bzykiem i Tymkiem z pewnością długo przeżywać będą nocną walkę o życie w kuluarze Lochnagar. Magda - swój zimowy debiut z Peterem i Patrykiem, Grzesiek z Heńkiem - Five Finger's Ridge, Marek z Rafałem - pewnie siódemkową rysę w Caimgorm. Ja chyba mimo wszystko Ben Nevis, (chociaż impreza też była niczego sobie...). Osobiście jednak odczułem pewne rozczarowanie. Czym? Może mentalnością Szkotów, złą pogodą, krajobrazem. Przede wszystkim jednak brakiem prawdziwej górskiej przygody. Krótkie, kameralne wręcz drogi stanowią pole do popisu dla szukających wymyślnych trudności. Tak też pewnie powstałą słynna, szkocka klasyka. Ale chyba nie tylko tego szukamy w górach zimą. Trochę też żal, że nie mogliśmy samodzielnie decydować o wyborze drogi. Odległości bezlitośnie uzależniały nas od samochodów.
Tak czy owak było miło. Na zakończenie chciałbym w moim i Wojtka imieniu podziękować katowickim wspinaczom, za to, że mogliśmy z Wami do Szkocji pojechać. Myślę, że szybko zaczęliśmy stanowić zintegrowaną gromadkę, co napawa optymizmem i wiarą w możliwości istnienia kontaktów interkulturowych. Myślę, że były to naprawdę dobre dwa tygodnie.

 photo1

Wojtek na grani Tower Ridge-Ben Nevis

 photo2

Widok z Ben Nevisa 

autor: Michał Wiśniewski dodał: Michał
Komentarze (0) - dodaj swój komentarz

Copyright © 2008 KW Toruń, kontakt